SELECT * FROM podobne WHERE ksiazka = '9788375364477' AND czas > '1500707857' -> Table './admin_lovebooks/podobne' is marked as crashed and should be repairedREPLACE podobne SET ksiazka='9788375364477', tresc='a:100:{i:0;s:13:\"9788375367287\";i:1;s:13:\"9788372772886\";i:2;s:13:\"9788377585955\";i:3;s:13:\"9788379425624\";i:4;s:13:\"5906742955774\";i:5;s:13:\"9788324156054\";i:6;s:13:\"9788328002043\";i:7;s:13:\"9788377589960\";i:8;s:13:\"9788328703230\";i:9;s:13:\"9788308054864\";i:10;s:13:\"4893156032843\";i:11;s:13:\"9788328706491\";i:12;s:13:\"9788380494503\";i:13;s:13:\"9788364278907\";i:14;s:13:\"9788310130501\";i:15;s:13:\"9788324161720\";i:16;s:13:\"9788375023176\";i:17;s:13:\"9788375651881\";i:18;s:13:\"9788378661894\";i:19;s:13:\"9788378561361\";i:20;s:13:\"9788380833661\";i:21;s:13:\"9788327415028\";i:22;s:13:\"9788375967500\";i:23;s:13:\"9788394565725\";i:24;s:13:\"9788379821587\";i:25;s:13:\"9788373007659\";i:26;s:13:\"9788375455915\";i:27;s:13:\"9788364037986\";i:28;s:13:\"9788363434502\";i:29;s:13:\"9788362498178\";i:30;s:13:\"9788380155824\";i:31;s:13:\"9788379242726\";i:32;s:13:\"9788310126474\";i:33;s:13:\"9788394054601\";i:34;s:13:\"9788375967036\";i:35;s:13:\"9788378958819\";i:36;s:13:\"9788362495528\";i:37;s:13:\"9788362039012\";i:38;s:13:\"9788378564638\";i:39;s:13:\"9788328021808\";i:40;s:13:\"9788393137381\";i:41;s:13:\"9788363778187\";i:42;s:13:\"9788310129475\";i:43;s:13:\"9788373925915\";i:44;s:13:\"9788394214067\";i:45;s:13:\"9788375025804\";i:46;s:13:\"9788379275342\";i:47;s:13:\"9788365201485\";i:48;s:13:\"9788380021945\";i:49;s:13:\"9788386610068\";i:50;s:13:\"9788378958802\";i:51;s:13:\"9788379980468\";i:52;s:13:\"9788323129981\";i:53;s:13:\"9788365419286\";i:54;s:13:\"9788381130066\";i:55;s:13:\"9788310123442\";i:56;s:13:\"9788374374699\";i:57;s:13:\"9788376489988\";i:58;s:13:\"9788328705241\";i:59;s:13:\"9788310122087\";i:60;s:13:\"9788365652690\";i:61;s:13:\"9788361050865\";i:62;s:13:\"9788310131133\";i:63;s:13:\"9788377853030\";i:64;s:13:\"9788361203131\";i:65;s:13:\"9788375650952\";i:66;s:13:\"9788379838899\";i:67;s:13:\"9788377300893\";i:68;s:13:\"9788375653014\";i:69;s:13:\"9788375652994\";i:70;s:13:\"9788310125309\";i:71;s:13:\"9788310127495\";i:72;s:13:\"9788364505232\";i:73;s:13:\"9788362981373\";i:74;s:13:\"5902490402690\";i:75;s:13:\"9788365369598\";i:76;s:13:\"9788379611324\";i:77;s:13:\"9788310128348\";i:78;s:13:\"9788379150144\";i:79;s:13:\"9788327101549\";i:80;s:13:\"9788377971598\";i:81;s:13:\"9788379651528\";i:82;s:13:\"9788365257055\";i:83;s:13:\"9788362579808\";i:84;s:13:\"9788377760888\";i:85;s:13:\"9788377760895\";i:86;s:13:\"9788373925830\";i:87;s:13:\"9788363906429\";i:88;s:13:\"9788308045909\";i:89;s:13:\"9788376745497\";i:90;s:13:\"9788363243746\";i:91;s:13:\"9788362405930\";i:92;s:13:\"9788310122094\";i:93;s:13:\"9788310123459\";i:94;s:13:\"9788325318918\";i:95;s:13:\"9788326807787\";i:96;s:13:\"9788374321792\";i:97;s:13:\"9788360169063\";i:98;s:13:\"9788392716617\";i:99;s:13:\"9788377792681\";}', czas='1500794257' -> Table './admin_lovebooks/podobne' is marked as crashed and should be repaired Brudna robota Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości - Kimball Kristin - książka | księgarnia internetowa lovebooks.pl
O nas   |   Kontakt   |   Jak zamawiać   |   Koszty przesyłki   |   Regulamin zakupów   |   Polityka prywatności   |   Odbiór osobisty
w naszej ofercie znajduje się 151553 produkty
panel Klienta
panel Klienta ▼
zaloguj się |  |
utwórz nowe konto
Twój koszyk
Koszyk jest pusty, zapraszamy na zakupy w księgarni internetowej.
Twój koszyk (pusty)
znajdź!
wyszukiwanie zaawansowane >
działy
lovebooks.pl
    >
  1. Literatura
  2. >
  3. Powieść
  4. > Brudna robota Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości
Brudna robota Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości

Brudna robota Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości

Kimball Kristin

Wydawca: Czarne
EAN: 9788375364477
ISBN: 9788375364477
Stron: 272, Format: 12.5x20.5cm
Data wydania: 2012, Oprawa: miękka
dostępność: 15 szt.
cena: 34,90 zł
szt.
do koszyka
PROSIMY O NIE SKŁADANIE ZAMÓWIEŃ

szczegóły >
Zamów przez telefon:
12 312 03 20
jeżeli planujesz zakup tego produktu w przyszłości > dodaj do schowka
> poleć znajomemu
> napisz komentarz

Opis wydawnictwa książki „Brudna robota Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości”

 

Kristin Kimball, trzydziestoparoletnia singielka, prowadziła beztroskie i barwne życie w Nowym Jorku, do czasu aż los postawił na jej drodze Marka, ambitnego farmera z marzeniami o ekologicznej farmie. Nie mając pojęcia o trudnej pracy na roli, Kristin, pod wpływem rodzącego się uczucia, porzuca wielkomiejski świat i przeprowadza się na zapuszczoną farmę na amerykańsko-kanadyjskiej granicy. Brudna robota to zapis pierwszego roku życia na farmie Essex - od trudnych początków w czasie srogiej zimy, przez pierwsze zasiewy, a potem żniwa, kończąc na jesiennym ślubie Kristin i Marka. Plan młodych farmerów był prosty: samowystarczalne gospodarstwo prowadzone tradycyjnymi metodami miało dostarczać zdrowe jedzenie domownikom, a także wszystkim, którzy chcieliby je kupować. Kristin i Mark zamierzali sprzedawać warzywa, owoce, mięso, przetwory mleczne i mąkę, ale także opał, materiały budowlane, nawóz, a nawet zapewniać rozrywkę i wypoczynek. Był to pomysł ambitny, ryzykowny i nieco romantyczny... ale naprawdę się powiódł. Brudna robota to książka o spełnianiu marzeń i o tym, że warto iść pod prąd. A zabawne i niezwykle plastyczne opisy ciężkiej pracy, wspaniałego jedzenia i rodzącej się miłości oczarują każdego.

 

Fragment książki „Brudna robota Zapiski o życiu na wsi, jedzeniu i miłości - Kimball Kristin”

 

Część pierwsza

 

Wyjazd

 

Po raz pierwszy zobaczyłam Marka w zniszczonej przyczepie

kempingowej, która służyła mu za biuro i dom. Jechałam sześć

godzin z Manhattanu, żeby przeprowadzić z nim rozmowę do

artykułu o młodych farmerach wytwarzających ekologiczną

żywność, jaką coraz więcej ludzi chciało jeść. Zastukałam do

jego drzwi – jak się okazało, w porze poobiedniej drzemki –

a gdy nikt nie odpowiedział, weszłam do kuchni i zawołałam. Po

chwili drzwi sypialni otworzyły się z rozmachem i Mark wyszedł

na korytarz, zapinając pasek spodni. Był bardzo wysoki, miał

długie nogi i zbliżał się do mnie z charakterystycznym, zamierzonym

wdziękiem. Ubrany był w stare skórzane buty robocze,

niebieskie dżinsy wytarte na udach do białości i zniszczoną białą

koszulę. Miał żywe zielone oczy, duży nos o pięknym kształcie,

dwudniowy zarost i szopę złotych loków. Jego dłonie były

duże i pokryte odciskami, a przedramiona mocno umięśnione,

z widocznymi niebieskimi żyłami. Uśmiechnął się – miał piękne

zęby. Poczułam zapach ciepłej skóry, oleju silnikowego i ziemi.

Przedstawił się i uścisnął moją dłoń, a potem nagle zniknął,

bo miał coś pilnego do zrobienia na farmie. Zatrzasnął za sobą

siatkowe drzwi, rzucając przez ramię obietnicę, że porozmawia

ze mną wieczorem, a tymczasem mogę wyplewić brokuły razem

z jego asystentką Keeną. Zapisałam potem w notesie dwie uwagi:

po pierwsze – to jest prawdziwy mężczyzna. Wszyscy mężczyźni,

których znałam, byli mózgowcami, a ten żył w swoim

ciele. Po drugie – nie mogłam uwierzyć, że przejechałam tyle

kilometrów, żeby plewić temu facetowi brokuły.

Tego pierwszego wieczoru, zamiast przeprowadzać wywiad,

pomogłam mu zabić świnię. Od trzynastu lat byłam wegetarianką,

a w dodatku miałam na sobie nową białą bluzkę, ale

Markowi brakowało rąk do pracy, a być na jego farmie i nie pomóc

wydawało się równie nienaturalne jak wskoczyć do jeziora

i nie pływać. Nigdy wcześniej nie widziałam uboju zwierzęcia

i nie byłam w stanie patrzeć na to, jak strzelał do świni. Była to

locha o imieniu Butch, w czarno-

białe łatki, zupełnie jak prosiaczek

z bajki dla dzieci. Gdy znieruchomiała, odzyskałam równowagę

wewnętrzną. Pomogłam wciągnąć tuszę na hak i rozciąć

jej brzuch, zaczynając od mostka, a potem przytrzymywałam

krawędzie parującego otworu, gdy Mark wycinał organy. Nie

czułam odrazy. Ożywiało mnie to, co robiliśmy. Fascynowały

mnie twardy, jasny żołądek, schludne zwoje jelit, biała koronka

otrzewnej, jaskrawoczerwone serce.

Po przecięciu tuszy na pół przeciągnęliśmy ją na wózku do

stojącej przy drodze chłodni. Sto metrów dalej rozciągało się

osiedle wielkich domów na małych działkach, ze starannie przystrzyżonymi

trawnikami i geranium w doniczkach przy podjazdach.

W zapadającym zmroku Mark zarzucił sobie na ramię

bezgłową, różową półtuszę. Była wielka, ciężka i niewygodna do

niesienia, jak trupy w filmach. Podtrzymując śliskie tylne racice,

pomogłam załadować świnię do chłodni i powiesić na haku

u sufitu. Przejeżdżające szosą samochody miały już włączone

światła, również w domach po drugiej stronie drogi zaczęły się

rozjaśniać okna. Ciekawa byłam, czy ktoś nas zauważył, a jeśli

tak, to czy zadzwoni po policję.

Tamtą noc spędziłam w hotelu w mieście. Zmyłam z siebie

świński tłuszcz w łazience, która wydawała się szokująco biała

i sterylna. Czułam się, jakbym właśnie wróciła z długiej podróży

do bardzo egzotycznego kraju.

Następnego ranka wstałam o świcie i wróciłam na farmę. Pracownicy

Marka zebrali się na śniadanie złożone z placków kukurydzianych

i domowych kiełbasek polanych ciepłym syropem

klonowym. Zjadłam podwójną porcję kiełbasek i w ten sposób

zakończyło się moje życie jako wegetarianki.

Po śniadaniu Mark znów zniknął. Załadował świnię na tył pożyczonego

explorera i pojechał do rzeźnika u zaprzyjaźnionych

amiszów. Powiedział, że wróci po południu i wtedy będziemy

mogli spokojnie porozmawiać, a tymczasem mogę wygrabić

kamienie z poletka pomidorów razem z jego drugim pomocnikiem

Michaelem.

Michael nie spodziewał się po mnie zbyt wiele. Zmieniłam

białą bluzkę na starą bawełnianą koszulkę, włożyłam obcisłe

dżinsy i buty Dingo na niskich, szerokich obcasach, pochodzące

ze sklepu z używaną odzieżą. Tego typu strój w East Village

na Manhattanie sprawiałby wrażenie ironicznego szyku, ale na

polu w Pensylwanii wyglądał dziwnie i trochę wyzywająco. Zawsze

uważałam, że jestem w bardzo dobrej kondycji i – jak to

ujmowałam – silna jak na swój rozmiar, choć liczyłam sobie całe

metr pięćdziesiąt siedem razem z butami, a najbardziej wymagającym

fizycznie ćwiczeniem, jakie wykonywałam w tamtych

czasach, były regularne partyjki bilarda. Wciąż byłam obolała po

poprzednim dniu, ale niestety, jeśli chodzi o sprawność fizyczną,

moja ambicja zawsze przerastała rozsądek. Odziedziczyłam tę

cechę po ojcu, który w wieku siedemdziesięciu trzech lat zerwał

sobie ścięgno, próbując za wszelką cenę wystartować z pomostu

na nartach wodnych.

Michael wręczył mi grabie i ruszyliśmy przez sąsiadujące

rządki. Farma Marka leżała niedaleko stanowego uniwersytetu

i Michael, który ostatniej wiosny skończył filmoznawstwo, zaczął

tu pracować w weekendy jako wolontariusz, żeby się przekonać,

czy, jak to ujął, ciężka praca zrobi z niego mężczyznę. Gdy skończył

studia, Mark zatrudnił go na pełny etat. Ojciec Michaela

był księgowym, a jego dziewczyna zamierzała studiować prawo.

Wszyscy oni mieli bardzo mgliste pojęcie o uprawie roli i liczyli

na to, że wkrótce mu przejdzie.

Zadawałam mnóstwo pytań, żeby nie było słychać mojego

sapania, i przy każdej okazji opierałam się na grabiach, sprawiając

wrażenie wsłuchanej w to, co mówił Michael. Lipcowe

słońce paliło mnie w twarz. Dokoła unosił się ostry, żywiczny

zapach pomidorów. Krzaki były mojego wzrostu, wsparte na

dębowych palikach i ciężkie od owoców. Komuś takiemu jak

ja, kto do tej pory hodował tylko zioła w doniczkach na parapecie,

wydawały się wręcz groźne. Ziemia między rzędami roślin

była sucha, zbrylona i gęsto usiana kamieniami. Michael

kazał mi ignorować kamienie mniejsze od jajka, a większe zgrabiać

na kupki, które potem należało przerzucić łopatą do taczki

i wysypać przy żywopłocie. Nigdy nie przypuszczałam, że

łopata kamieni może być tak ciężka. Już przy pierwszej rundzie

do żywopłotu przewróciła mi się taczka. Grabie, łopata,

taczka – w ten sposób minęły dwie niekończące się godziny,

aż w końcu uświadomiłam sobie, że jak tak dalej pójdzie, to

zupełnie zasłabnę i nie będę w stanie nawet nacisnąć sprzęgła,

żeby dojechać do domu. W desperacji, próbując jednak zdobyć

się na swobodny ton, zaproponowałam, że pójdę przygotować

dla wszystkich lunch. Nie mogłam uwierzyć, ile urazów zafundowałam

sobie w tak krótkim czasie. Między lewym kciukiem

a palcem wskazującym pojawiły się pęcherze, nie byłam w stanie

rozprostować pleców, a uda, uwięzione w ciasnych dżinsach,

miałam zupełnie obtarte.

Moje pojęcie o gotowaniu było wówczas niewielkie. Lubiłam

dobre jedzenie, ale nie był to stały związek; jedzenie kojarzyło

mi się raczej z serią przygód na jedną noc. Pojawiało się przede

mną na stoliku w restauracji albo przywoził je w białym kartonowym

pojemniku chłopak na rowerze. Nie byłam pewna,

czy piekarnik w moim malutkim mieszkaniu działa, ponieważ

przez całe siedem lat, które tam spędziłam, nie użyłam go ani

razu. Lodówka działała, ale traktowałam ją bardziej jako miejsce

do przechowywania różnych rzeczy niż jako sprzęt kuchenny.

Trzymałam w niej karmę dla psa, filtr do wody Brita, a także,

ponieważ brakowało mi miejsca na półkach, książkę telefoniczną

Manhattanu, która w moich wspomnieniach z tamtych lat na

zawsze pozostanie ciężka i zimna. W zamrażarce znajdowały się

pojemnik z kostkami lodu oraz butelka polskiej wódki.

Kuchnia Marka zajmowała połowę przyczepy i przypominała

targ w kraju trzeciego świata. Pełno tam było barwnych rzeczy

leżących luzem. Zapachy mleka, mięsa, ziemi i roślin mieszały

się ze sobą, tworząc ziemny aromat, silny, ale całkiem przyjemny.

Otworzyłam drzwi i ostrożnie popatrzyłam na wysokie półki.

W szafkach stały pięciolitrowe słoje z czarną fasolą, suszonymi

jabłkami, ziarnami pszenicy i ryżu oraz małymi kolbami suszonej

kukurydzy. Szafkę nad kuchenką wypełniały wiązki ziół i butelki

z jakimś musującym bursztynowym płynem, na których

nie było etykietek. Otworzyłam lodówkę i znalazłam tam garnek

bez pokrywki, wypełniony po brzegi czymś miękkim i krwistym,

w czym rozpoznałam organy wewnętrzne świni, oraz druciany

koszyk pełny brązowych jajek. Były tam również słoje z masłem

i białym serem, sterta kulek, które przypominały piłeczki do golfa

(mogła to być rzepa) i kilka brudnych marchewek.

Szybko zamknęłam lodówkę, sięgnęłam po koszyk i nóż

i wróciłam

na pole. Michael skończył już grabić kamienie i teraz

ściółkował ziemię między rzędami pomidorów słomą z na

wpół przegniłych bel. Popatrzyłam na jedzenie, które rosło wszędzie

dokoła: młode ziemniaki, brokuły, sałata, zioła, groszek, buraczki

i czarne jagody, wszystko gotowe do zbioru. W pobliżu

pasła się krowa z cielęciem, stado kur dziobało kompost, jeszcze

jedna świnia ryła w stosie liści. Wszędzie, gdzie spojrzałam, dostrzegałam

obfitość i poczułam, jak w mojej głowie zaczynają się

formować jakieś idee, wielkie i powolne jak płyty tektoniczne. To

była tylko dwuipółhektarowa działka, wielkości dużego boiska,

ale rosnące na niej warzywa mogłyby wykarmić dwieście rodzin.

To wszystko wydawało się znacznie prostsze niż wcześniej

sądziłam. Ziemia plus woda, plus słońce, plus pot – wynikiem

tego równania było jedzenie. Nie trzeba było do tego żadnych

fabryk, mnóstwa maszyn, trucizn ani chemicznych nawozów. Jak

to możliwe, że ta obfitość istniała zawsze, a ja nie miałam o tym

pojęcia? Nieoczekiwanie poczułam się bezpieczna. Na świecie

działy się rozmaite rzeczy: samoloty uderzały w budynki, miejsca

pracy znikały, ludzi wyrzucano z mieszkań, kończyła się ropa

naftowa, ale tu w każdym razie było co jeść. Napełniłam koszyk

pomidorami, jarmużem, cebulą i bazylią, obliczając w głowie,

ile to wszystko kosztowałoby na targu farmerskim w Nowym

Jorku, i wróciłam do przyczepy z nadzieją, że uda mi się oddać

tym warzywom sprawiedliwość.

Znalazłam w kuchni dwa narzędzia, które od tamtej pory stały

mi się tak dobrze znane, że traktuję je jak starych przyjaciół:

bardzo ostry dwudziestopięciocentymetrowy nóż z miękkiej stali

oraz żeliwną patelnię, tak wielką, że z trudem obejmowałam ją

ramionami, i zabrałam się do pracy. Odcięłam grube nerwy z liści

jarmużu, posiekałam pomidory i cebulę, nie wiedząc jeszcze

za bardzo, co z tego zrobię, byłam jednak pewna, że jeśli pozostali

pracownicy są tak głodni jak ja, to należy przede wszystkim

skupić się na ilości. Rozgrzałam patelnię na dwóch palnikach,

podsmażyłam cebulę na maśle, dodałam pokrojoną w plasterki

marchewkę i pomidory oraz odrobinę wody, żeby jarmuż zmiękł

na parze, przykryłam patelnię czymś, co przypominało pokrywę

studzienki kanalizacyjnej, a kiedy jarmuż zmiękł, zrobiłam

płytkie zagłębienia i wbiłam w nie tuzin jaj. Potem wymieszałam

masło z czosnkiem i z bazylią, posmarowałam kromki znalezionego

w szafce chleba i je zapiekłam. Gdy wszyscy wrócili

z pola, wyciągnęłam z piecyka blachę pełną pachnących grzanek,

rozłożyłam je na talerzach, z wierzchu przykryłam jarmużem

i sadzonymi jajkami, a na koniec udekorowałam każdą grzankę

łyżką białego sera posypanego czarnym pieprzem.

Kiedy wszyscy siedzieli już nad swoimi porcjami, z drżeniem

serca ugryzłam pierwszy kęs i odetchnęłam. Jedzenie było znakomite,

świeży smak jarmużu doskonale komponował się z ostrym,

piekącym czosnkiem oraz bazylią. Poczułam się bardzo dumna

z siebie i rozejrzałam się dokoła, oczekując zachwytów i komplementów,

ale zobaczyłam tylko błyski sztućców i miarowe

ruchy szczęk.

– Podaj mi, proszę, sól – powiedział w końcu Michael.

Teraz już wiem, że nie chodziło o to, że mój lunch był zły. Zapewne

uznali, że jest całkiem dobry, ale całkiem dobre jedzenie

nie wywiera wrażenia na farmerach, którzy na co dzień jadają

jak książęta. Pewien Francuz powiedział mi kiedyś, że jedzenie

jest najbardziej podstawowym bogactwem. Jeśli wyhodujesz dobre

jedzenie, będziesz czuł się niezmiernie bogaty bez względu

na to, co jeszcze posiadasz.

Dopiero wieczorem udało mi się znów wejść w orbitę Marka.

Michael, Keena i kilkoro wolontariuszy, którzy kręcili się

po polach, poszli już do domu, ale on nadal pracował. Zaczęłam

się zastanawiać, czy kiedykolwiek zdarza mu się spokojnie

usiąść. Biegał na tych swoich długich nogach od jednego

zajęcia do drugiego; zdawało się, że ma niewyczerpane zasoby

energii. Sprawdził nawodnienie marchewek, sporządzał notatki

na następny dzień, przebiegając obok poletka truskawek, pochylił

się i wyrwał z jego skraju kępę nieszkodliwych z wyglądu

chwastów, sprawdził, czy ogrodzenie chroniące przed jeleniami

jest pod napięciem, i założył na nie przynętę w postaci kulek

waty nasączonych zapachem jabłek, żeby prąd solidnie kopnął

jelenia w nos. Chodziłam za nim krok w krok, przerzucając

z ręki do ręki notes, długopis, śrubokręt i kawałki zepsutego

węża do podlewania, które wręczył mi w roztargnieniu. Przy

tym wszystkim nie przestawał mówić, w zdumiewającym tempie

i ze zdumiewającą energią. Wcześniej wydawało mi się, że

farmerzy to ludzie, których można określić jako sól ziemi, może

niezupełnie tępi, ale raczej nudni i przyziemni.

Nie lubił słowa „praca” – uważał, że brzmi negatywnie. Wolał

mówić o „zajmowaniu się farmą”, na przykład: dzisiaj zajmowałem

się farmą przez czternaście godzin. Nie miał telewizora ani

radia i był przekonany, że usłyszał o jedenastym września jako

jeden z ostatnich ludzi w kraju. Nadal nie słucha wiadomości,

bo są przygnębiające, a poza tym przeważnie i tak nic się z nimi

nie da zrobić. Trzeba myśleć lokalnie i działać lokalnie. Jego

definicja tego, co lokalne, nie wykraczała zanadto poza sześć

hektarów ziemi, którą uprawiał. Należy starać się zrozumieć,

w jaki sposób wpływamy na otoczenie. Na początku tylko plastik

wzbudzał jego sprzeciw, ale z czasem zaczął odnosić się podejrzliwie

również do wszystkich metali, których nie wydobył

i nie wykuł osobiście. Twierdził, że gdy nadejdzie dla niego czas

na budowę domu, chciałby go zbudować bez użycia gwoździ

ani żadnego metalu, tak by po jego śmierci dom w całości obrócił

się w kompost. Nigdy w życiu nie miał samochodu. Gdy

musiał się gdzieś wybrać, jechał na rowerze albo autostopem.

Od jakiegoś czasu wydał wojnę słowu „powinien” i dzięki

temu stał się szczęśliwszym człowiekiem. Uważał ekonomię

rynkową i anonimową wymianę za nudne. Lubił sobie wyobrażać

farmę, na której w ogóle nie byłoby obiegu pieniędzy,

tylko wymiana dobrej woli i przysług. Według jego teorii należało

zacząć od rozdawania rzeczy, najlepiej dużych, wartych

co najmniej tysiąc dolarów. Twierdził, że ludzie w pierwszej

chwili są speszeni takim dużym prezentem i próbują się jakoś

zrewanżować, dając ci w zamian coś równie dużego, a potem

ty dajesz im coś innego i oni dają ci coś innego, i wkrótce już

nikt tego nie liczy. Przedmioty po prostu przepływają z miejsca,

gdzie jest ich zbyt dużo, do miejsca, gdzie są potrzebne. Taki

przepływ ma osobisty charakter, daje zadowolenie i wszyscy

czują się z tym dobrze. Ten facet to zupełny

wariat, pomyślałam.

Ale jeśli ma rację?

(...)

Klienci zainteresowali tą pozycją kupowali także...
Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu

Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu

Wzruszająca, chwilami zabawna, chwilami nostalgiczna opowieść o losach hinduskiej diaspory w Afryce. Rodzina Yasmin Alibhai-Brown przybyła do Ugandy w poszukiwaniu lepszego życia, skuszona perspektywami rozwijającego się imperium...

cena: 39,90 zł
do koszyka
Wśród mangowych drzew

Wśród mangowych drzew

Madhur Jaffrey, indyjska aktorka i wielokrotnie nagradzana autorka książek kulinarnych, dzieli się z czytelnikami swymi wspomnieniami z dzieciństwa i młodości spędzonych w Delhi. Barwnie opisuje ogromny i gwarny dom swego dziadka, rodzinne...

cena: 34,90 zł
do koszyka
Podobne tytuły
Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu

Kuchnia osadników. O miłości, wędrówkach i jedzeniu

Wzruszająca, chwilami zabawna, chwilami nostalgiczna opowieść o losach hinduskiej diaspory w Afryce. Rodzina Yasmin Alibhai-Brown przybyła do Ugandy w poszukiwaniu lepszego życia, skuszona perspektywami rozwijającego się imperium...

cena: 39,90 zł
do koszyka
Sentencje o życiu i ojczyźnie, miłości i przyjaźni wypowiedziane ustami bohaterów trylogii

Sentencje o życiu i ojczyźnie, miłości i przyjaźni wypowiedziane ustami bohaterów trylogii

Któż z nas nie zna Trylogii Henryka Sienkiewicza i jej bohaterów, a szczególnie Pana Onufrego Zagłoby - wielkiego patrioty, miłośnika ojczyzny, który swoimi dowcipnymi i mądrymi uwagami potrafi pogodzić najbardziej zwaśnione strony. ...

cena: 29,00 zł
do koszyka
Brudna gra

Brudna gra

Gwiazda światowego sportu, triumfator Wimbledonu, polski tenisista Artur Malewicz zostaje zamordowany w swoim ekskluzywnym apartamencie. Zabójstwo ma miejsce dzień po ostatnim turnieju sezonu – World Championships w Londynie, który Polak...

cena: 39,99 zł
do koszyka
Brudna wolność

Brudna wolność

Roman emigruje do Szwecji w latach 90. XX wieku, po rozpadzie małżeństwa i utracie złudzeń. Tam żyje wygodnie i dostatnio. Po latach przyjeżdża do Warszawy na komunię wnuka i odwiedza ukochane miejsca w mieście, m.in. ulicę Stalową,...

cena: 27,00 zł
do koszyka
Czysta brudna prawda

Czysta brudna prawda

Co się dzieje, kiedy brudny, cyniczny, często chamski, ale głęboki rap Sokoła spotyka się z łagodnym, klarownym, momentami anielskim wokalem Marysi Starosty? Teraz macie okazję się przekonać. Ich wspólny album powstawał dwa lata - jak...

cena: 35,00 zł
do koszyka
Uważność w jedzeniu

Uważność w jedzeniu

Na podstawie najnowszych badań i własnej praktyki Jan Chozen Bays pokazuje, jak uważność może zmienić nasz stosunek do jedzenia, jego rolę w naszym życiu oraz pomóc rozwiązać wiele problemów, związanych nie tylko z...

cena: 37,80 zł
do koszyka
Zbuduj robota

Zbuduj robota

Świetny sposób na naukę poprzez zabawę! Interaktywne książki łączące edukację z zabawą – fascynujący przewodnik po świecie dinozaurów i owadów dla młodych przyrodników oraz kompendium wiedzy o robotach i maszynach budowlanych...

cena: 24,90 zł
do koszyka
Koronkowa robota

Koronkowa robota

Camille Verhoeven, komisarz paryskiej policji znany polskiemu czytelnikowi z powieści "Alex" i "Ofiara", ma przed sobą wyjątkowego przeciwnika. Jest nim miłośnik literatury kryminalnej, który w hołdzie dla niej popełnia morderstwa będące...

cena: 39,90 zł
do koszyka
Ręczna robota

Ręczna robota

Taka była Polska Ludowa! W pełnej absurdów rzeczywistości, gdy picie alkoholu było niemal obowiązkowe, a posiadanie samochodu czy dobrej pralki świadczyło o luksusie, wzajemne zależności w zdobywaniu deficytowych towarów stanowiły spoiwo...

cena: 39,90 zł
do koszyka
Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu

Piąty smak. Rozmowy przy jedzeniu

Więcej niż książka kucharska, więcej niż rozmowa! Piąty smak jest niczym szósty zmysł. Wykracza ponad doznania zarezerwowane dla podniebienia. Jest trudny do nazwania i dla wielu osób nieosiągalny. Niektórzy po prostu go mają. To z...

cena: 44,90 zł
do koszyka
więcej...
Biuro obsługi klienta jest do Państwa dyspozycji: od poniedziałku do piątku w godz 9:00-19:00, w soboty od 9:00 - 16:00, tel. +48 12 312 03 20 mail. sklep@lovebooks.pl